Cypr Północny rozpalał moje myślenie już przy planowaniu pierwszej wizyty na Cyprze. Wydawał się taki odległy, pełny tajemnic, niedostępny. Oczywiście wpływała na to historia i to, co w głowie zostało z wiadomości oglądanych kiedyś tam, w zamierzchłych czasach. Był trochę jak Korea Północna, Obwód Kaliningradzki albo jakieś zamknięte radzieckie miasto. I oczywiście o ile te przykłady są mega niewspółmierne to oddają mniej więcej atmosferę gorączki przed wyjazdem podczas którego planowaliśmy postawić stopę w północnej Nikozji.

Podczas pierwszej wizyty już dojazd i dojście do strefy demarkacyjnej, poprzedzone lokalnym studiowaniem mapy, wybieraniem miejsc najbardziej atrakcyjnych i – z mapy – najbardziej fotogenicznych było pełne napięcia i niepokoju. Wjechaliśmy do Nikozji, która na Starym Mieście, przy granicy była stara, sypiąca się. Ale nie dawała też poczucia bezpieczeństwa. Czytajcie to jak chcecie, ale duża liczba czarnoskórych szwendających się po ulicach, kiedy to na całym Cyprze nie widziałem do tej pory żadnego potęgowała uczucie niepokoju. Sama granica pojawia się na głównym deptaku, tak jakby ni stąd ni zowąd. To raczej nie dziwne, jeśli jest sztuczna i dzieli zabytkową Nikozję dokładnie na dwa. Wygląda skromnie, raczej jak kasa biletowa do jakiegoś dużego muzeum, jednak obecność znaków policyjnych, drutu kolczastego i paszporty w ręku nie dają zwieść emocji. Kontrola, tudzież odprawa jest szalenie miła, z polskim akcentem „sześć, jak szemasz” a po drugiej stronie czeka Turcja. Taka zwykła, bazarowa, gwarna, pełna sklepów, kafejek, straganów. Kurczę, pomyślałem, jaki człowiek jest głupi, szwenda się po świecie, wszystko wygląda tak samo, czemu tu miałoby być inaczej? No ale ciągnie do tych wystudiowanych punktów demarkacyjnych i im bardziej oddalaliśmy się od przejścia i zagłębialiśmy w Stare Miasto po tej stronie tym bardziej jednak było biednie, brudno i rozpadająco. W filmie wypowiedziałem słowa, że o ile na Cyprze jest taki charakterystyczny południowo europejski bajzel, to tu jest już arabsko (ok, Turcy to nie Arabii, wiem, ale kumacie klimat?) Spacer był raczej krótki i nie pozwolił zobaczyć wiele. Byliśmy tam raptem 4 godziny i nie zdołaliśmy zobaczyć miasta, życia za wyjątkiem jednej ulicy, znów pełnej barów, kafej i sklepów. Trzeba było wracać.

Kiedy los (xD) rzucił nas po raz drugi na Cypr, wiedzieliśmy już, że ten północny będzie wymagał głębszego spenetrowania. Wiedzieliśmy już, że Cypryjczycy pozwalają tam jechać wypożyczonym samochodem, wiedzieliśmy już, że pogranicznicy witają po Lachowsku i że da się tam zjeść. Straszyli jednak ciągle słabymi drogami, dodatkowymi ubezpieczeniami itp. Wyobrażałam sobie braki w zaopatrzeniu, prądu wody, wszak enklawa odcięta jest od świata, nieuznawana przez wszystkich prócz Turcji. Granica, tym razem pokonana „na prowincji” wyglądała równie skromnie, równie miło i równie sprawnie jak ta w Nikozji. Wydaje się, że ruch tam odbywa się jak między Sosnowcem a Dąbrową Górniczą. Pełny pokój choć spora kosa. Straszyli policją, radarami i wysokimi sztrafami i owszem fotoradarów jest pełno, są dosłownie co chwila, ale są oznaczone. Jazda w głąb enklawy tylko nas utwierdzała w przekonaniu. Będzie jak w Turcji, tylko lewą stroną.

O drogach pisałem TUTAJ, o miejscach wartych odwiedzenia pisała Monika TUTAJ, zatem tu dodam tylko o dalszym poszukiwaniu wrażeń z wojny i miejsc dziwnych. Udało nam się znaleźć super miejsce do obserwacji zaminowanej, zamkniętej całej dzielnicy Famagusty. Wszystko wydarzyło się jednej nocy, kiedy to w związku z inwazją wojsk tureckich wyprowadziła się cała dzielnica. Kilka tysięcy ludzi. Obszar ten, kiedyś słynny kurort z najznamienitszymi hotelami i jeszcze bardziej znamienitymi gośćmi został zakładnikiem i jest tym zakładnikiem do dziś. Toczyło się sporo rozmów o zwrocie lub rekompensatach za utracenie mienie ale wszystkie te negocjacje były zrywane. Efektem tego jest cały wielki kawał miasta, który stoi od kilkudziesięciu lat pusty. Z plaży, gdzie staliśmy robi to piorunujące wrażenie, ponieważ zazwyczaj oglądamy w takim miejscy tętniące życiem miasto. A tu po horyzont jest pustostan. To wygląda dokładnie tak jak na filmach katastroficznych. Jest przygnębiające, martwe i niebezpieczne, bo za zdjęcie mogą cię ponoć zastrzelić (pewnie to już dziś mit, ale tablic o zakazie jest naprawdę sporo).

Im dalej jechaliśmy w głąb Cypru Północnego tym bardziej czułem się jak w Turcji i coraz bardziej byłem zaskoczony. Drogi okazały się bardzo dobre (to chyba tureckie inwestycje), przybytki gastronomiczne standardowe, przepisy drogowe przestrzegane a hotele całkiem spoko za rozsądne ceny. Pojawiły się tylko w krajobrazie meczety, lekki turecki posmaczek chaosu, choć minimalnie. Magia enklawy, a tym bardziej niepokój kompletnie znikał.

Cypr Północny jest wart objechania. Tym bardziej, że to jedyna Turcja do której – jak na ten moment – możecie pojechać bez wizy.

Write A Comment