Do dwóch kolesi podpierających łopaty podchodzi gość. Pyta „do you speak English”? Kolesie patrzą na niego pytająco. Gość mówi „sprechen Sie Deutch?”. Kolesie mrużą brwi i zwiększając nacisk na łopaty przychylają się do gościa. Ten dopytuje „parlez vou Francais”? Kolesie tylko kiwają głowami i żeby gość się odczepił kończą godzinną przerwę wracając do roboty. Kiedy ten już odszedł zapewne szepcąc sobie pod nosem „Polnische Schweine” bo jakoś tak czuje, że był Niemcem, jeden z kolesi pyta drugiego czy ten zna jakiś język. Drugi odpowiada, że nie, na co ten pierwszy mówi „no widzisz a ten znał kilka i się nie dogadał”. Kawał stary jak przyjaźń polsko-niemiecka, ale idealnie oddaje sytuację z językami w podróży. Z wyjątkiem paru państw gdzie czujesz się swobodnie zaczynając jakimkolwiek angielskim zwrotem tak jak np. w Skandynawii, gdzie niezależnie od miejsca, statusu społecznego czy wieku zagajony odpowie ci piękniejszym angielskim niż twój, w zasadzie znajomość języków obcych jest zbędna. Po paru własnych eksperymentach i sileniu się na angielski w podróży postanowiłem go całkowicie schować do kieszeni. Rozbraja mnie sylabowanie po angielsku do Persa, Hiszpana czy Chińczyka, który tylko coraz bardziej napiera tę łopatę o którą się opiera. Ja do nich wszystkich mówię po polsku, tylko wolniej i wyraźniej. O dziwo bardzo dużo rozumieją. Naturalnie tajemnica porozumienia tkwi w języku ciała, gestu, spojrzeniu i woli dogadania. W natywnym języku jest mi znacznie łatwiej skoncentrować się na mowie rąk, są one dużo lepiej skoordynowane z przekazem, są pełniejsze i bardziej sugestywne. Oczywiści ta technika nie jest ani odkrywcza ani jakaś specjalnie genialna. Dokładnie tak robią dzieci. Poobserwujcie je w przestrzeni publicznej, poobserwujcie reakcje ludzi. Dziecko mamrocze „gliubaodoa” a czy to matka, czy ciotka doskonale rozpoznaje, że chodzi o loda, siku itp. Dziecko doskonale wspomaga się gestem i kontekstem. Szczwane stworzenie, które zawsze osiąga to czego chce. Metoda doskonale się sprawdza, choć są momenty bardziej skomplikowanych konwersacji, gdzie potrzebne są gadżety, mapy, przewodniki, czy zdjęcia. Skuteczne podróżnicze dialogi prowadzone są zawsze we własnych językach, to znaczy ja po polsku, oni po swojemu. Ja rozumiem ich, oni rozumieją mnie choć czasem trzeba pamiętać o tych kulturowych różnicach jak bułgarskie „nie” kręcone głową czy chińskie machanie na przywołanie a nie na pożegnanie.

Przykłady? Proszę:

Hiszpanka do mnie „gorąco?” pocierając czoło, ja odpowiadam „tak bardzo” wywracając oczami i dodaję „ poproszę wodę” pokazując gest trzymania butelki przed ustami. 100% skutecznej komunikacji.

Bezradnie patrzę na menu w chińskiej budce gdzie towar nie jest wyłożony, bo wymaga przygotowania. Pytam Panią piękną polszczyzną „Co pani mi poleci?” wskazując na nią, a następnie przesuwając rękę na wywieszone menu. Ona odpowiada po swojemu, dla ciebie najodpowiedniejszy będzie ten i ten zestaw wskazując na menu. Załatwione i zjedzone pysznie.

Na hiszpańskiej tankszteli pytam gdzie jest dworzec bo tam mieliśmy zdać wypożyczony samochód. Pompiarz odpowiada piękną hiszpańszczyzną „pojedziesz prosto przez wiadukt” wskazując kierunek i falując ręką w górę, „potem skręcisz w prawo” zaginając rączkę, „potem w lewo” (to zrobił drugą), „potem będzie tunel i w prawo” pogestykulował falując dłonią w dół i na prawo. I tak było. Trafiliśmy bez problemu.

Uliczny sprzedawca ananasów kiedy podchodzimy do niego z M. pyta płynną chińszczyzną czy chcemy dwa i czy na wynos. Ja nie chcę wiec M. płynnie odpowiada po polsku, że jeden oczywiście wskazując jeden palec, po czym dodaje, że w zasadzie to pół przecinając palec drugą ręką w geście połowienia i dodaje, że na miejscu cyrklując palcem chodnik wokół siebie. Dostaje pół na patyku.

W azjatyckim hotelu szukaliśmy agenta, który sprzedaje bilety na pociąg. Boj hotelowy mówił po angielsku więc pytamy „ łer łi ken fajnd trejn ejdżent”. Koleś nic nie kapuje. Dopytuje łot, łot. O co nam chodzi? Po którejś próbie odpowiada „aaaa, człejn agent” jak mu już w nerwach odpowiedziałem „no pociąg kurwa” lekko pokręcając naprzemiennie rękami na wysokości bioder. I co z tego, że mówił po angielsku jak Azjaci nie wymawiają „r”, które z kolei my mamy mocne? Znów polski okazał się dużo bardziej komunikatywny. Jakby nie zrozumiał to w zanadrzu miałem jeszcze dźwięk „ułu, ułu”.

Język gestu to język chęci. Do drogi wystarczy. W innych sytuacjach trzeba użyć jeszcze sprytu, gadżetów, spojrzenia. Ciekawe czy z ufoludkami też tak jest?

Halo, Halo, Forum Hotel? / Znasz angielski Rysiu?

https://youtu.be/VhokrIEccLE?t=57m57s

Wichar, Wichar, Warszawa ni / Warszawa? Zburzona?

https://youtu.be/bDuAN-QSKHM?t=1m25s

2 komentarze

  1. Jak byłem w Hiszpanii, znając tylko podstawy angielskiego dogadałem się ze wszystkimi. Czy to w sklepie, czy w klubie. Gesty robią duża robotę, pokazując można się w każdej kwestii dogadać heh 🙂 We Włoszech to samo 🙂 Dla chcącego nic trudnego 😛

    • Dokładnie, dla chcącego nic trudnego 🙂 Czasem zdarza się, że jedna ze stron nie chce, ale na szczęście to nie są częste sytuacje

Write A Comment