Podobno James Cameron odwiedził kiedyś park i widok z Tianzi Shan był dla niego jedną z inspiracji dla Pandory z filmu „Avatar”. Przed wyjazdem do Chin naoglądaliśmy się pięknych zdjęć szczęśliwców, którym udało się trafić na odpowiednią pogodę do odwiedzenia tego miejsca. Był to jeden z bardziej przez nas wyczekiwanych punktów naszej podróży.

Zhangjiajie National Forest Park
Zhangjiajie National Forest Park

Niestety my nie mieliśmy takiego szczęścia do pogody, jak Cameron. 3 dni spędziliśmy chodząc i jeżdżąc po Wulingyuan Scenic Area and Zhangjiajie National Park. 3 dni pięknych wprawdzie widoków, ale tylko z dołu i tylko wtedy, kiedy odsłoniła je gęsta mgła (a dokładnie niska podstawa chmur – poprawia mnie mój pilot 🙂 ). Mistycznego krajobrazu jak z pocztówek nie udało nam się zobaczyć – mgła, mgła, mgła.

Ale patrzyliśmy w nicość. Gdzieś na górze, otoczeni mgłą patrzyliśmy w mgłę, nie wiedząc co i jak głęboko jest pod nami czy przed nami. Czy jeden z „uwieszonych w powietrzu” szczytów jest na wyciągnięcie ręki, czy może po zejściu mgły nie ukaże się naszym oczom nic ciekawego?

Zhangjiajie National Forest Park
Zhangjiajie National Forest Park

Ale od początku… Jak na górołazów przystało zanim ruszyliśmy do parku odzialiśmy się w górskie buty, oddychające ubrania, zaopatrzyliśmy w kurtki softshelowe i przeciwdeszczowe. Wejście do parku w miejscowości Wulingyuan, w której nocowaliśmy, odbywa się przez wielki budynek z rzędem kas, w których kupuje się 3-dniowy bilet. Bilet dosyć drogi, ale już przywykliśmy, że w Chinach wszystkie wejściówki są drogie (zarówno przeliczając ich wartość na złotówki jak i porównując do takich wydatków jak lokalny transport czy jedzenie). Bilet ważny 3 kolejne dni, mający postać karty magnetycznej, która podczas pierwszego wejścia jest synchronizowana z naszymi liniami papilarnymi. Potem przy każdym wejściu sprawdzana była zgodność biletu i naszych paluszków. Po przejściu bramek się trochę zdziwiliśmy – nie ma szlaków, nie ma w ogóle możliwości aby sobie pójść w siny dal i pałaszować las i góry na własną rękę. Stoją za to rzędy autobusów i kolejne bramki oznaczone nazwami atrakcji, do których możemy pojechać. Z naszej wioski mogliśmy jechać maksymalnie w 4 miejsca, w których z kolei mogliśmy się przesiąść na kolejne autobusy i jechać dalej. Albo skorzystać z którejś, z dodatkowo płatnych i nie tanich, atrakcji – wjechać kolejką linową na Tianzi Shan, windą na inną górkę bądź przejechać kilkadziesiąt metrów ciuchcią.

Pierwszego dnia skusiliśmy się na kolejkę i doznaliśmy kolejnego rozczarowania (po deszczowym poranku i braku możliwości swobodnego poruszania się po parku) – mgła była gęsta i niska i wyjątkowo udało nam się zobaczyć jedynie kilka ścian skalnych mijanych po drodze w trakcie trasy góra-dół. Niestety tego dnia zmuszeni byliśmy też do zjechania tą bardzo drogą atrakcją. Po pierwsze nigdzie nie było informacji o godzinach zamykania atrakcji, a dotrwaliśmy w górach do godziny krańcowej, po drugie z mapki dostępnej w informacji turystycznej i sprzedawanej w naszej wiosce nie wynikało, że szlaki autobusowe nie są ze sobą połączone i czasami po prostu się urywają, po trzecie okazało się, że to są trzy różne jurysdykcje parkowe, połączone płatnymi kolejkami i windami, ale już nie koniecznie autobusami (i tylko w ten sposób można pomiędzy nimi się przemieszczać, bo autobusy do siebie nie docierają, bo trzeba przejść wiele kilometrów nie oznakowanymi ścieżkami, albo wspiąć się na jakiś szczyt). Zatem gdy dotarliśmy na Tianzi Shan mogliśmy zjechać busem do połowy, potem winą czy inną atrakcją na dół i po złapaniu kolejnego busa dotrzeć do naszego wyjścia. Zajęłoby nam to około półtorej godziny podróży, a do zamknięciu parku pozostało mniej czasu. Nie było też możliwości wydostania się z parku w innej wiosce, ponieważ transport między nimi również na ten dzień został już zakończony. To są w końcu góry i odrębne doliny więc przejazd jest mocno ograniczony. Na całe szczęście, że w ogóle dowiedzieliśmy się, że park niedługo zostanie zamknięty na noc (od mówiących po angielsku młodych Chińczyków, których zaczepiliśmy, bo mieli dokładniejszą od naszej mapę). Okazało się, że najkrótszą i najszybszą drogą będzie powrót do kolejki dwoma autobusami, zjechanie nią do „naszego” parku a potem kolejnym autobusem do „naszej” wioski. Młodzi Chińczycy nie wróżyli nam powodzenia akcji (była godzina 17:00, a kolejka kursowała do godz. 17:30, przypominam, że musieliśmy się jeszcze do niej dostać) – „You will spend the nigh here, I’m affraid” powiedział jeden z nich. Nieźle… W biegu, w nerwach, ze łzami w oczach (to ja) udało nam się złapać busa, potem kolejnego, w którym okazało się, że nie tylko my zostaliśmy w górach. Po drodze kolka i zadyszka, ale szczęśliwie czekała na nas otwarta kasa kolejki (byśmy mogli kupić bilety) i wielka kolejka „spóźnionych” Chińczyków. Najedliśmy się trochę strachu i jedynie szkoda, że podróż w dół odbywała się całkowicie w IFR, bo znowu nic nie widzieliśmy.

Zhangjiajie National Forest Park
Zhangjiajie National Forest Park

Podsumowując – po parku poruszamy się busem, a nie chodzimy. Jest wprawdzie kilka dostępnych szlaków pieszych (do których trzeba podjechać busem), ale są to przygotowane dla chińskich turystów podejścia ze schodami, tarasami widokowymi, kramami z jedzeniem i pamiątkami. Jest kilka atrakcji jak górska kolejka czy winda do nieba, ale są drogie i trzeba czekać w długich kolejkach.

Miejsca przystankowe autobusów, w które wsiadamy, by podjechać do kolejnego punktu parku zorganizowane są tak, że należy przejść przez korytarze pełne kramów z pamiątkami i jedzeniem, by na końcu stanąć w długiej kolejce do bramek wejściowych do autobusów. No, ale nudząc się można kupić kolejną kosmetyczkę 🙂

Park jest jednak piękny i warty tego, by tu przyjechać. Żałuję bardzo, że mgła zakrywała nam co bardziej spektakularne widoki i pozostaje mi jedynie, na podstawie tego co udało mi się wypatrzyć, wyobrazić co straciłam. Szkoda również, że scenerii tych niesamowitych formacji skalnych nie da się ich kontemplować w spokoju (a wszechogarniającą ciszę na górskim szczycie lubię bardzo). Chińczyków w „krainie Avatara” jest pełno, porównałabym z drogą na Morskie Oko. Ale jest głośniej, wrzeszczą, rzucają wszędzie odpadki po spożytych snackach czy jednorazowe płaszcze i buty przeciwdeszczowe, chodzą jak święte krowy nie ustępując miejsca osobie idącej z naprzeciwka i nie reagując na „przepraszam” kiedy próbujemy ich wyprzedzić, rozpychają się tak, że mogą cię zrzucić ze ścieżki, włażą na ciebie i mają to gdzieś. Nawet małe dziewczynki wpychają się bez kolejki do kibla, nie robiąc sobie z tego powodu żadnego wyrzutu. Nieraz czułam się jak totalna oferma, która nie umie przepychać się łokciami (no, ale nie tak zostałam wychowana).

Zhangjiajie National Forest Park (Chinese: 湖南张家界国家森林公园; pinyin: Húnán Zhāngjiājiè Guójiā Sēnlín Gōngyuán)

BILET

  • Wstęp do parku: 246 Youan’ów
  • Kolejka na Tianzi Shan – 67 Youan’ów

*ceny z roku 2014

ATRAKCJE

  • Wulingyuan Scenic Area and Zhangjiajie National Park
  • Tianzi Shan
  • Bailong Sightseeing Elevator

HOTEL, W KTÓRYM MIESZKALIŚMY

In Space Hotel
No.141 Wuling Avenue, 427400 Wulingyuan, Chiny

Lokalizacja bardzo dobra, w odległości krótkiego spaceru od wejścia do parki, blisko restauracji i sklepów.
Pokój bardzo duży, czysty i z wykrochmaloną pościelą. Przeciekający prysznic, który zalewał nam całą łazienkę (ale to częste w Chinach).
Części wspólne hotelu w fatalnym stanie – brudne chodniki, gdzieniegdzie pęknięte oświetlenie, którego nikt nie zamierzał wymienić. Obsługa nie mówiąca po angielsku i całkowicie olewająca nie-chińskich gości. Płatność gotówką.

Write A Comment