Poniżej znajdziecie plan 2,5 tygodniowej podróży po Wietnamie, który możecie spokojnie zaadaptować na własne potrzeby. Czy 2,5 tygodnia starcza aby zwiedzić Wietnam? To mało, by dotrzeć w wiele ciekawych miejsc, które my po prostu odpuściliśmy sobie – w planie brakuje Sapa (zdecydowaliśmy się tam nie jechać z uwagi na porę roku w jakiej byliśmy w Wietnamie – w grudniu i styczniu jest tam po prostu zimno a w górach może leżeć śnieg) i Tam Coc (bo w styczniu nie byłoby tam tak pięknie jak na obrazkach – zamiast intensywnej zieleni i żółci raczej oglądalibyśmy bury krajobraz), zrezygnowaliśmy z Da Lat, nie pojechaliśmy na żadną wyspę (a bardzo chcieliśmy na Con Dao) i nie byliśmy na trekkingu w jaskini Son Doong. Wietnam jest na tyle rozległy, że w jego północnej i południowej części panuje inny klimat. Próbując więc połączyć w trakcie podróży zwiedzanie obu części raczej trzeba z czegoś zrezygnować. Jestem też przekonana, że do naszego planu można coś jeszcze wcisnąć – a już na pewno można zamienić Mui Ne na inne miejsce (dlaczego? o tym TUTAJ ).

Poniżej w tekście znajdziecie również wskazówki czym podróżowaliśmy z jednego miejsca w drugie oraz gdzie/u jakiego przewoźnika kupowaliśmy bilety. O transporcie po Wietnamie powstanie odrębny tekst.

Nasz lot obejmował trasę Warszawa – Hanoi – Warszawa, co oznacza, że zdecydowaliśmy się na podróż z północy kraju na południe, a na lot powrotny do Polski musieliśmy wrócić do Hanoi.

Dzień 1 – przylot do Hanoi

Do Hanoi przylatujemy w godzinach popołudniowych. Szybko łapiemy Ubera, który zawozi nas do hotelu w najbardziej turystycznej, ale jednocześnie najbliżej najważniejszych atrakcji miasta. Mimo iż Ubera zamówiliśmy szybko, nie znaczy to, że szybko dostaliśmy się do miasta. Lotnisko jest dosyć daleko od centrum, które dodatkowo popołudniu jest mocno zakorkowane – dojazd do hotelu zajmuje nam więc więcej niż godzinę.

Z pierwszymi dniami zazwyczaj jest tak, że są trochę zmarnowane – człowiek jest niedospany po podróży, męczy go jet lag, sporo czasu się traci na odbiór bagażu i transfer. My nigdy więc nie planujemy na pierwszy dzień intensywnego zwiedzania. Pozwalamy sobie tego dnia rozejrzeć się po mieście, spacerując bez konkretnego celu (ale jeśli na trasie tego spaceru są jakieś turystyczne atrakcje to ich nie pomijamy). Podobnie robimy w Hanoi – zrzucamy torby w hotelu, pytamy o rekomendowane miejsce, w którym zjemy pho i wyruszamy w celu obserwacji i zaznajomienia się z nową kulturą.

Czerwony most w Hanoi

Dzień 2 – Cat Ba

Z samego rana pod hotel podjeżdża busik firmy transportowej Interbus, która zabierze nas na wyspę Cat Ba. Bus robi zwózkę klientów pod biuro, gdzie przesiadamy się do dużego i klimatyzowanego autobusu i udajemy się w dwugodzinną podróż. Po drodze mamy przesiadkę na prom, z którego znowu wskakujemy do autobusu i jesteśmy rozwożeni pod drzwi hoteli, w których mamy rezerwację.

Pierwszy dzień na Cat Ba spędzamy na zwiedzaniu wyspy. Warto w tym celu wynająć skuter – my w grudniu 2017 płaciliśmy 3 dol/dzień. Skuterem dojedziecie m.in. do parku narodowego Cat Ba (samo miasteczko ciekawe i ładne nie jest).

Tego dnia również, w jednej z lokalnych agencji turystycznych, kupujemy bilety na rejs po zatoce na kolejny dzień. Cena: 450 000 vnd (ok. 19 USD, grudzień 2017).

INFORMACJE PRAKTYCZNE – HOTEL

Bilet na Interbus orz Cat Ba Express, którym wracaliśmy do Hanoi, kupiliśmy jeszcze w Polsce przez serwis Baolau.com

Dzień 3 – rejs po zatokach Lan Ha i Halong

Rano z hotelu odbiera nas właściciel agencji turystycznej i przewozi do portu skąd ruszamy na całodzienną wycieczkę po zatokach. Na łodzi spędziliśmy 8 godzin – opłynęliśmy zatokę Lan Ha i wpłynęliśmy do zatoki Halong, część grupy przesiadła się na kajak i popłynęła do jednej z jaskiń, weszliśmy na skałę na Mankey Island by spojrzeć na zatokę z góry, zjedliśmy jeden z pyszniejszych lunchy w Wietnamie (w cenie rejsu). Latem, gdy jest cieplej, przewidziany jest też czas na zabawy w wodzie. Więcej o rejsie pisaliśmy TUTAJ .

Ha Long Bay

INFORMACJE PRAKTYCZNE – HOTEL
Na Cat Ba nocowaliśmy w dwóch miejscach:
Dolphin Hotel Backpackers – położony jest daleko od centrum turystycznego, przy nabrzeżu z którego odpływają wycieczkowe statki. Bardzo tani. Jest stosunkowo cicho, a u właściciela można również wynająć skuter. Ale ponieważ to backpackerskie miejsce to co robią młodzi ludzie? Imprezują. W nocy więc nie zmrużyliśmy oka z powodu imprezy odbywającej się za oknem. Dodatkowo było strasznie zimno, przemarzliśmy co niestety odbiło się na naszej dalszej podróży. Jeśli więc jak my masz już za sobą zarywanie nocy i potrzebujesz się po prostu wyspać – szukaj innego hotelu.
Catba Palace Hotel – tutaj przenieśliśmy się po pierwszej nocy. Hotel w samym centrum miasteczka, pokój duży i czysty. Jedynym mankamentem były odgłosy z budów kolejnych hoteli w okolicy – ale normalnie ich nie usłyszycie, ekipy budowlane pracują w ciągu dnia kiedy wy będziecie zwiedzać okolicę.

Dzień 4 – transfer z Cat Ba do Hue

Takich dni jak ten nie lubimy, bo uważamy je za zmarnowane. Ale jakoś trzeba się z jednego miejsca w drugie przetransportować. Tego dnia po południu wyruszamy z Cat Ba do Hanoi (tym razem autobusem linii Cat Ba Express, na który również bilet kupujemy przez baolau.com), skąd wieczorem mamy nocny pociąg do Hue (bilet również ogarnięty jeszcze w Polsce przez wyżej wspomniany portal, ale jak zauważyliśmy raczej nie powinniście mieć problemu z zakupem biletu na dworcu. Za dwie osoby w kuszetce płacimy 1,5 mln vnd).

Rano jest kilka godzin, które możecie spożytkować na zwiedzanie Cat Ba.

Dzień 5 – Hue

Do Hue dojeżdżamy z rana. W hotelu Serene Shining , w którym zatrzymuje się na kilka dni, mamy możliwość wczesnej rezerwacji -warto o to dopytać przed przyjazdem.

Popołudniu zwiedzanie Hue. Obiad w restauracji Hanh (11 Phó Đức Chính, Phú Hội, Tp. Huế, Phú Hội, Wietnam), a kolacja na nocnym markecie nad rzeką Perfumową. Tutaj, czyli w Hue jest najlepsza kuchnia w Wietnamie – więcej o potrawach, których warto spróbować w Wietnamie przeczytacie TUTAJ .

banh beo

Dzień 6 – Hue

Zwiedzanie Cytadeli w Hue oraz dwóch grobowców cesarskich (bilet: 280 000 vnd) – ja wybieram Ming Mang Tomb i Khai Dinh Tomb. Dojazd do grobowców ogarniam złapaną na ulicy taksówką (400 000 vnd, ok. 17 USD).

Cytadela w Hue

W hotelu oferowano nam kierowcę na cały dzień do naszej dyspozycji za 30 dolarów – wydaje mi się to całkiem dobrą opcją.

Film ze zwiedzania grobowców i cytadeli obejrzycie TUTAJ .

Nasz wstępny plan zakładał zwiedzanie Hue zaraz po przyjeździe do miasta, a drugi dzień mieliśmy spędzić w parku Bach Ma National Park. Pogoda popsuła nam plan. A choroba spowolniła plan zwiedzania.

Jedna z wielu bram w Cytadeli, Hue

Cytadela w Hue

Dzień 7 – Hoi An

Przed południem wyjeżdżamy z Hue w kierunku Hoi An, do którego dostaniecie się busem (np. huebuses.com) albo prywatnym autem -te ogarniecie w jednej z agencji turystycznych w centrum miasta (koszt ok. 45 USD). Podróż trwa 3,5 godziny.

Staruszka z Hoi An

Zanim wybierzemy się na zwiedzanie Hoi An u naszej gospodyni zamawiamy wycieczkę do My Son na kolejny dzień.

Wieczór spędzamy spacerując uliczkami starego Hoi An. Na kolacje obowiązkowo cao lau i banh vac w restauracji Streets (17 Le Loi Street, Hoi An, Wietnam) albo chociaż tutejsze banh mi (Bread Break, cena: 35 000 vnd)

banh vac (white rose) z sosem rybnym

Dzień 8 – My Son

Przedpołudnie spędzamy zwiedzając My Son – hinduistyczne sanktuarium pochłonięte przez dżunglę, które porównywalne jest z kambodżańskim Angkor Wat (koszt wycieczki: 200 tyś. vnd/os) – obejrzyjcie nasz FILM.

My Son

My Son – hinduistyczne sanktuarium „pożarte” przez dżunglę

Po powrocie do Hoi An polecam zajrzeć na bazar. My kupujemy też bilet i zwiedzamy kilka punktów na starym mieście (120 000 vnd za wejście w 5 wybranych z listy miejsc).

Dzień 9 – żegnamy Hoi An

Przedpołudnie spędzamy szwędająca się po Hoi An i zjadając ostatnią porcję niezwykle delikatnych cao lau, czyli pierożków „białe róże”. Następnie prywatnym autem dostajemy się na lotnisko w Danang, skąd lecimy do Sajgonu (koszt przejazdu: 270 000 vnd).

Ho Chi Minh City (HCMC) – ciekawy blok, prawda?

Dzień 10 – Sajgon, albo Ho Chi Minh City

Cały dzień poświęcamy na zwiedzanie miasta. Co zobaczyć w Sajgonie? Odsyłam do innych blogów, na których znajdziecie szczegółowe informacje. Dzień to wystarczający czas aby zobaczyć kolonialny Sajgon, katedrę Notre Dam, gmach Poczty Głównej, wjechać na Bitexco Financial Tower, wejść do któregoś muzeum. W ciągu dnia możecie zarezerwować wycieczkę do tuneli Cu Chi, często łączoną również ze świątynią Cao Dai. My byliśmy w Sajgonie przed Sylwestrem, wszystkie wycieczki były wyprzedane więc do tuneli pojechaliśmy sami. O ile często samodzielnie znaczy lepiej, myślę że w tym wypadku ta zasada nie działa – spędziliśmy o wiele za dużo czasu w komunikacji miejskiej.

Dzień 11 – tunele Cu Chi

Jak wspomniałam wyżej nie udało nam się kupić gotowej wycieczki więc tunele zorganizowaliśmy sobie sami. Trochę szkoda, bo z tego powodu nie udało nam się już dojechać do świątyni Cao Dai w Tay Ninh.

Sprawdź się w tunelu Cu Chi

INFORMACJE PRAKTYCZNE – JAK SIĘ DOSTAĆ DO TUNELI CU CHI
Do tuneli Cu Chi dojedziecie dwoma autobusami. Pierwszy (nr 13) odjeżdża z dworca w centrum Sajgonu przy Phạm Ngũ Lão (District 1) (bilet: 7 000 vnd, pieniądze zbiera bileter w trakcie jazdy). Po około 2 godzinach dojeżdżacie do Cu Chi gdzie przesiadacie się na autobus nr 79 (bilet: 6 000 vnd), którym po kolejnej godzinie dojeżdżacie do Ben Duoc. Nie jest to ostatni przystanek, dlatego warto wspomnieć bileterowi gdzie chcecie wysiąść.

Dzień 12 – 13 – Mui Ne i kontrpropozycja

Z samego rana wsiadamy w autobus do Mui Ne, gdzie dojeżdżamy około południa. Do dyspozycji macie pełne półtora dnia, a do zwiedzania okolicy najlepiej wypożyczyć skuter. O tym, co zobaczyć w Mui Ne przeczytacie TUTAJ .

Jeśli tak jak my nie jesteście miłośnikami plażowania i nie kręcą Was małe wydmy, odpuście sobie Mui Ne. My zamiast tej miejscowości chętnie pojechalibyśmy na jeden dzień do świątyni Cao Dai a potem szybciej nad Mekong.

Korakle na plaży

Dzień 14 – przejazd z Mui Ne w kierunku delty Mekongu

Łapiemy poranny autobus do HCMC, w którym w centrum miasta w jednej z agencji turystycznych kupujemy bilet do Ben Tre. Autobus odjeżdża późnym popołudniem więc mamy jeszcze czas na obiad w Sajgonie. Terminal autobusowy skąd odjeżdżają autobusy na południe Wietnamu znajduje się dosyć daleko od centrum, dlatego należy zabezpieczyć minimum godzinę na dojazd.
Do Ben Tre dojeżdżamy po zmierzchu. Zatrzymujemy się w hotelu Ben Tre Riverside Resort.

INFORMACJE PRAKTYCZNE – JAK DOJECHAĆ Z HCMC DO BEN TRE
Dwie godziny trwa podróż autobusem obsługiwanym przez firmę Futa Bus z terminala autobusowego Mien Tay Bus Station w HCMC. Terminal znajduje się dosyć daleko od Dystryktu 1 a podróż Uberem kosztuje ok. 95 000 vnd.

Bilet do Ben Tre można kupić w jednej z agencji turystycznych albo samodzielnie przez Internet (np. na Baolau.com). Bilet kosztuje 70 000 vnd, ale i w agencji i przy zakupie przez Internet zostanie dodana prowizja.

I uwaga! My bilet do Ben Tre kupiliśmy w agencji, w której usłyszeliśmy, że mamy pojawić się w biurze agencji na 1 godz. i 15 min przed odjazdem. Nie spieszyliśmy się, bo nie wiedzieliśmy o co chodzi. Okazało się, że agencja miała nas pokierować do biura Futa Bus, które znajduje się mniej więcej połowie drogi do terminala autobusowego. Stamtąd odjeżdża autobus, który zawozi do terminala wszystkich klientów Futa Bus, dokądkolwiek jadą właśnie o tej godzinie. A że w HCMC bywają korki, i to jakie korki, autobus spod biura Futa Bus odjeżdża godzinę wcześniej bo tyle czasu potrzebuje na dojazd. Po dojechaniu do Ben Tre zostaliśmy odwiezieni mini busem do naszego hotelu.

W drodze powrotnej było prościej, bo minibus odebrał nas z hotelu i odtransportował do mini terminalu autobusowego.

Dzień 15 – 16 – Delta Mekongu / Ben Tre

Pierwszego dnia kupujemy w naszym hotelu wycieczkę po Delcie Mekongu. Wybieramy wersję popołudniową, co okazuje się bardzo dobrym rozwiązaniem, bo większość turystów odbyła swoje wycieczki rano. Na rzece jesteśmy tylko my i pracujący na niej Wietnamczycy. Koniecznie wybierzcie wersję z obiadem – warto!

Drugiego dnia bierzemy rowery i okolice zwiedzamy z poziomu dwóch kółek.

Mekong

O tym co zobaczyć w Ben Tre pisaliśmy TUTAJ i opowiadaliśmy w tym FILMIE.

Dzień 17 – HCMC i lot do Hanoi

Porannym autobusem wracamy do HCMC skąd mamy wieczorny samolot do Hanoi.

Dzień 18 – zwiedzanie Hanoi

Ostatni dzień w Wietnamie spędzamy zwiedzając Hanoi – zaglądamy przed drzwi Mauzoleum Ho Chi Minh’a, poznajemy historię więzienia nazywanego przez amerykańskich żołnierzy-lotników „Hanoi Hilton”, wjeżdżamy na piętro widokowe w Lotte Center.

Hanoi – Mauzoleum Ho Chi Minh

Jeśli macie pytanie o nasz plan albo chcecie zweryfikować swój, zapraszamy do kontaktu.

Hanoi – dwa razy dziennie między tymi domami przejeżdża pociąg

Rejs po zatoce Ha Long należy do głównych punktów wycieczek do Wietnamu. My również wpisaliśmy Zatokę Lądującego Smoka na listę miejsc, które chcemy odwiedzić. Jako bazę wybraliśmy wyspę Cat Ba, na której kupiliśmy rejs w lokalnym biurze turystycznym (Cat Ba Green Trail Travel, koszt: 450 000 vnd/os, ok. 19 dolarów). Wtedy też dowiedzieliśmy się, że zatoka Lan Ha znajdująca się na południowym-wschodzie od wyspy jest zarządzana przez inną prowincję, a zatoka Ha Long przez inną. I podobno dlatego, nasz rejs miał obejmować głównie Lan Ha, a z samej Ha Long jedynie fragment. Nam pasowało.

Rejs, który oglądacie w filmie miał miejsce w grudniu.

Więcej o rejsie, życiu w rybackich wioskach oraz informacje praktyczne we wpisie TUTAJ.

Chodzę po Hoi An w poszukiwaniu kadrów, a dokładnie mocno nasyconych żółtych ścian. Natykam się na idealną nad brzegiem Rzeki Cynamonowej. Nie tylko ściana jest perfekcyjna. Właśnie jestem świadkiem sceny, którą zapamiętam na długo.

Widzę staruszkę, mocno pomarszczoną, w tradycyjnym wietnamskim kapeluszu i z przełożonym przez ramiona koszem na owoce. Widzę Europejkę, która kupuje od niej kiść bananów. A potem obserwuję jak Wietnamka pozuje Europejce na tle tej pięknej, soczyście żółtej ściany. „This is my job” słyszę jak mówi po angielsku drepcząc w tę i z powrotem, by Europejce udało się uchwycić jak najlepszy kadr. Przy okazji korzystam też ja.

Tak powstają zdjęcia najsłynniejszej staruszki w Hoi An, którą zobaczycie na niejednym blogu.

Staruszki w trakcie sprzedawania bananów

 

Staruszka z Hoi An w trakcie pozowania do zdjęcia
Staruszka z Hoi An
Staruszka z Hoi An

Więcej zdjęć z samego Hoi An – TUTAJ

Partnerem technologicznym, dzięki któremu powstały te zdjęcia z Wietnamu jest:

[/vc_column][/vc_row]

Codzienne życie nad Mekongem:

Codzienność na Mekongu
Codzienność na Mekongu

 

Codzienność na Mekongu

Codzienność na Mekongu

Codzienność na Mekongu

Codzienność na Mekongu

Młody chłopak rozbijający kokosy, Ben Tre – manufaktura cukierków

Kobiety w manufakturze dywanów z kokosa, Ben Tre

Stary człowiek przy pracy

Bajkowy Wąwóz w Mui Ne:

Młody przewodnik po Bajkowym Wąwozie w Mui Ne

Młodzież w Bajkowym Wąwozie w Mui Ne

Partnerem technologicznym, dzięki któremu powstały te zdjęcia z Wietnamu jest:

Rybak na plaży w Mui Ne

Rybak na plaży w Mui Ne

Młodzi rybacy na plaży w Mui Ne

Młodzi rybacy na plaży w Mui Ne

Na targu rybnym w Cat Ba

Cat Ba Dziewczynka

Cat Ba Dziewczynka z balonikiem

Cat Ba Dziewczynka z balonikiem

W drodze z pracy, Hanoi

Uliczny fryzjer w HCMC

Uliczny fryzjer w Hanoi

Wietnamki sprzedające owoce

Obwoźny sprzedawca warzyw w Hue

Sprzedawczyni w Hue

Sprzedawczyni w Hue

HCMC Żołnierz przed Mauzoleum Ho Chi Minh

Partnerem technologicznym, dzięki któremu powstały zdjęcia z naszej wyprawy do Wietnamu był:

„Nie mogę znaleźć waszego hotelu. Wysiądźcie, to gdzieś tutaj” oznajmił pomocnik kierowcy autobusu*, którym jechaliśmy z Sajgonu do Mui Ne, po czym rzeczywiście wysadził nas na ulicy. Zdezorientowani próbowaliśmy namierzyć nasz hotel, kiedy przez moją głowę przebiegała taka o to wewnętrzna dyskusja:
– Po co tu w ogóle przyjechaliśmy? – Bo chcieliśmy spędzić Sylwestra na plaży.
– Ale po co? – Bo mieliśmy odpocząć po wielu dniach intensywnego zwiedzania.
– Naprawdę? Było tak intensywnie, że potrzebujemy odpoczynku? – No nie było. Ale przecież tak miło jest posiedzieć na plaży.
– No chyba żartuję sama z siebie. My na plaży? – No fakt, my się na plaże nie nadajemy. No ale dlatego wybraliśmy Mui Ne, żeby mieć co robić kiedy znudzi się nam na gorącym piasku.
– Mieć co robić? Czyli co? – Kitesurfing. Czerwone i białe wydmy. Bajkowy wąwóz. Rybacka wioska. Zapełnimy nimi kilka dni.

Wszystko „załatwiliśmy” w jeden dzień, a nasz pobyt w Mui Ne skróciliśmy z wielką przyjemnością. Dlaczego?

Plaże

Plaże w Mui Ne

Dostęp do plaży wcale nie jest taki łatwy. Gęsto zabudowane wybrzeże wcale nam tego dojścia do plaży nie ogranicza, ale stawia mentalną barierę – zastanawiasz się, czy możesz swobodnie przejść przez teren restauracji, by przedostać się za murek odgradzający ją od morza, czy raczej będzie to niestosowne. A kiedy już znajdziesz kawałek odsłoniętej plaży to ani nie jest to taki kawałek do jakiegoś przywykliśmy choćby nad Bałtykiem, a do tego jest ona zaśmiecona. Ot Wietnam.

Korakle na plaży. Czysto nie jest.

Wioska rybacka

Korakle, czyli tradycyjne okrągłe rybackie łodzie gęsto zacumowane w zatoce to widok ciekawy, bo takich łódek przed Wietnamem nie widziałam nigdzie. Niestety nie jest to też widok, dla którego warto przyjeżdżać do Mui Ne. W ogóle jest to widok, bez którego wasze życie wcale nie będzie uboższe.

Stojąc nad zatoką i wpatrując się w zacumowane łódki przypomniała mi się miejscowość Marsaxlokk na Malcie – podobnie tam i tutaj mnóstwo kolorowych łódek zacumowanych w jednym miejscu, które rysowały bardzo przyjemny dla oka obrazek. Z tą różnicą, że na Malcie wokół zatoki znajduje się wiele restauracji, w których przyjemnie było zjeść obiad czy napić się kawy z widokiem właśnie na zacumowane luzzu. Tutaj – przyjeżdżasz, robisz zdjęcia i odjeżdżasz.

Korakle przy wiosce rybackiej

Wioska rybacka – Mui Ne

Jak kierować korakle?

Korakle parkujące w bocznej uliczce

Korakle na plaży

Czerwone wydmy

Czerwone wydmy to taka mini pustynia przy ulicy. Co tu robić? Nie wiem. Ale turystów tutaj przyjeżdża dużo, szczególnie wieczorem kiedy promienie słoneczne nie są już tak uciążliwe. Podobno białe wydmy sa większe i można tam nawet pojeździć quadem – nam nie chciało się tam jechać.

Ładnie?

Czerwone wydmy Mui Ne

A tak to wygląda gdy obrócisz głowę w prawo. Zwyczajnie.

Czerwone wydmy Mui Ne

Bajkowy wąwóz

Najciekawsze miejsce w Mui Ne. I najładniejsze. Wąwóz położony jest pomiędzy intensywnie czerwonymi wydmami i biało-bordowymi skałami z jednej strony, a bujną zielenią z drugiej. Spacer prowadzi po dnie strumienia, które sięga kostek, a w niektórych miejscach kolan. Zwieńczeniem spaceru jest mały wodospad.

Bajkowy Wąwóz w Mui Ne (Fairy Stream)
Bajkowy Wąwóz w Mui Ne (Fairy Stream)

Owoce morza

To zawsze miły dodatek do pobytu nad morzem. Jest szansa, że dzisiaj wyłowione, a do tego nie ukatrupione od razu, bo leżą sobie żywe w plastikowych miskach i czekają aż wybierzesz swoją porcję. Szkoda tylko, że grillowane bez fantazji, bo niestety ale bez smaku.

Świeże ryby na targi w wiosce rybackiej

Świeże ryby na targi w wiosce rybackiej

*Kim jest pomocnik kierowcy? To osoba, która sprzeda wam bilet, wyda należną wodę (tak, w Wietnamie w autobusach dostajecie butelkę wody) i klapki w sypialnianych autobusach, sprawdzi adres pod który jedziecie i pokieruje kierowcę na miejsce (tak, w Wietnamie jesteście podwożeni pod hotel – zazwyczaj, bo zdarzają się wyjątki).

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Jak zwiedzać Mui Ne? Najlepiej na skuterze. Skuter wypożyczycie w każdej agencji turystycznej lub swoim hotelu. My zapłaciliśmy 180 000 vnd za cały dzień. Potem nas oskubali na „stacji benzynowej” – cóż, płaci się za bycie białym.

Przenośna stacja benzynowa

Ponieważ dużo turystów jeździ skuterami upodobali ich sobie miejscy policjanci, którzy zatrzymują i chętnie wlepiają mandat. My zostaliśmy ostrzeżeni, gdzie tego dnia stoją więc jechaliśmy powoli. Mimo wszystko zostaliśmy zatrzymani i wylegitymowani. Międzynarodowe prawo jazdy oszczędziło nam dodatkowych kosztów.

wąż

Partnerem technologicznym naszej podróży po Wietnamie jest:

Wietnam to najlepszy kraj, aby rozpocząć przygodę z azjatyckim jedzeniem – jest najsmaczniej, najróżnorodniej, najaromatyczniej. Takich rzeczy się nasłuchałam, takich się naczytałam i uwierzyłam.

Wprawdzie swoją przygodę z azjatycką kuchnią zaczęłam od chińskiej (na szczęście!), to przekonały mnie te stwierdzenia i dlatego zafiksowałam się, aby odwiedzić Wietnam. Podróż do Wietnamu miała być więc kulinarną podróżą, podczas której przede wszystkim smakujemy lokalnej kuchni, a atrakcje turystyczne są do jedzenia jedynie dodatkiem. Jak żeśmy się podczas tej podróży rozczarowali… Nie, nie chcę tutaj stawiać tezy, że wietnamska kuchnia jest be. Bo nie jest. Nawet nam udało się w niej znaleźć kilka ciekawych pozycji, o których poniżej. Wietnamska kuchnia nas po prostu nie powaliła, a ponieważ oczekiwania mieliśmy wysokie, wróciliśmy do domu rozczarowani.

Zanim przejdę do opisywania tych kilku kulinarnych pozycji, które nas (a raczej mnie, bo byłam głównym testerem) zaciekawiły, słowem wstępu muszę wspomnieć, że wietnamska kuchnia jest inna w każdej części tego kraju. Są potrawy, których spróbujecie w środkowej części kraju, ale nie znajdziecie ich już na południu czy na północy. Inaczej są też przyprawiane i słynna pho podobno inaczej smakuje na północy niż na południu. Dlatego też przy poniższych potrawach znajdziecie również informację gdzie ich próbowałam.

Zaczynamy! Oto lista wietnamskich dań, których trzeba spróbować (ale nie zawsze warto).

#1 Pho

Uwierzycie, że przed Wietnamem nigdy nie jadłam pho? Serio. Jakoś mnie specjalnie nie pociągała, ale skoro byłam w mieście-stolicy pho (Hanoi) nie mogłam tej kultowej zupy nie spróbować. Wołowy bulion z makaronem i ziołami podała nam starsza Wietnamka w jednym z barów na Starym Mieście. Ot, zupa jak zupa. No dobre to jest, aromatyczne, sycące. Ale żeby oszaleć na jej punkcie? Nie moja bajka. (cena: 50 000 vnd za pho z wołowiną w Hanoi, 30 000 vnd za pho z kurczakiem na Cat Ba)

#2 Banh mi

banh mi, czyli wietnamska bagietka

Kolejny słynny przysmak z Wietnamu. Mogłabym rzec po prostu kanapka. Ot bagietka wypełniona mięsem i zieleniną – nie zachęcała mnie zupełnie. Ani gotowa kanapka nie wglądała apetycznie, ani jej składniki wyeksponowane na brudnym stoisku przy ulicy. Do czasu, aż zobaczyłam i spróbowałam banh mi w Hoi An Dopiero, i właściwie tylko, w tym mieście bagietki zaczęły wyglądać apetycznie i właśnie tutaj zamówiłam swoją pierwszą kanapkę z grillowaną wieprzowiną (lokal Bread Break, cena: 35 tyś vnd). Dostałam ciepłą bułkę wypełniona po brzegi chrupiącymi warzywami, aromatycznymi ziołami i świetnie przyprawionym, również ciepłym mięsem.

Ale żeby ten opis nie idealizował zbyt banh mi powiem wam, że nie każda tak smakuje. Zwykła banh mi kupiona przy ulicy czy na jakiejś stacji autobusowej będzie wprawdzie aromatyczna dzięki ziołom i sosom, ale mięso to przede wszystkich pocięta na kawałki słonina. (taką też jadłam, fuj)

#3 Nem Lụi

nem lui

Nem lui wyglądem przypominają bałkańskie cevapcici. Grillowane mięso wieprzowe nadziane na łodygi trawy cytrynowej podawane jest z papierem ryżowym, makaronem ryżowym, ziołami i warzywami do samodzielnego zawijania w spring rollsy. Jak to zrobić? Bierzemy kawałek papieru ryżowego, nakładamy nań mięso i jedną ręką przytrzymujemy mocno papier i mięso, by drugą ręką wyciągnąć łodygę. Następnie do mięsa dorzucamy trochę makaronu, ziół, ogórka, marchewkę i zwijamy ciasto w spring rollsa.

#4 Banh xeo

Słynny naleśnik wietnamski z krewetkami i warzywami, którego obowiązkowo chciałam spróbować. Musiałam źle trafić, bo mnie ta krzyżówka europejsko-indochińska rozczarowała. Było tłusto i bez smaku. Może Mui Ne to nie jest najlepsze miejsce na próbowanie banh xeo.

#5 Bánh Khoái

banh khoai

Zanim o banh khoai kilku słów o Hue, w którym po raz pierwszy nabrałam nadziei, że kulinarna podróż zostanie uratowana. W Hue potrawy i smaki mnie naprawdę zaskoczyły. Tutaj nabrałam apetytu na więcej wietnamskiej kuchni… okazało się, że niestety nie na długo.

Na banh khoai udałam się do restauracji Hanh – lokalu, który poleciła mi recepcjonistka w hotelu, ale który polecany jest też na kartach przewodnika Lonely Planet. Miejsce to odwiedzane jest przez wielu turystów, którzy mieszają się tutaj z lokalsami. Obsługa chyba przywykła do zdezorientowanych turystów, bo podczas serwowania dania stara się od razy wyjaśnić jak je jeść. A przyznaję, że bez tego wyjaśnienia można popełnić fax pas.

Banh khoai to chrupiący naleśnik, który po złożeniu na pół i wypełniony zostaje krewetkami i mięsem. Podawany jest z sałatą, warzywami, ziołami i sosem z orzeszków ziemnych. Jak jeść na banh khoai? Do miseczki wrzucamy kilka liści sałaty, zioła, warzywa, odłamany kawałek naleśnika i całość polewamy sosem. Następnie przy użyciu pałeczek mieszamy ze sobą składniki, tak by oblepił je sos orzeszkowy. Niebo w gębie. (cena: 25 000 vnd)

#6 Bánh Bèo (Hue)

banh beo

Obsługujący mnie kelner doradził, bym dla siebie samej zamówiła pól porcji banh beo. Kiedy jednak przyniósł mi danie byłam przekonana, że się pomylił, bo przyniósł mi aż 8 małych miseczek wypełnionych galaretowatym ciastem ryżowym. Na wierzchu każdej miseczki wylegiwały się kawałeczki krewetek i skwarek. Banh beo wygląda pięknie. A jak smakuje? Przed zjedzeniem zawartość miseczki podlewa się sosem rybnym, a potem wyjmuje się całość przy pomocy łyżeczki i zjada jednym kęsem. Bez sosu rybnego byłoby mdłe, natomiast ten nadaje daniu charakterystycznego słodkawego smaku. Ciekawa jest zawartość tych małych miseczek. Nie jest to danie, które miałabym ochotę zamówić drugi raz, ale na pewno warto tego spróbować. (cena: 60 000 vnd)

#7 Gỏi Cuốn Tôm Thịt i  #8 Nem Rán (Hue)

To dwa rodzaje spring rollsów – pierwsze to świeże ciasto ryżowe wypełnione gotowaną krewetką, wieprzowiną i makaronem ryżowym (cena; 40 000 vnd). Nem ran to smażona wersja spring rollsów wypełnionych farszem z wieprzowiny, grzybów, ziół i marchwi (cena; 45 000 vnd). Oba serwowane z sosem rybnym. Zdecydowanie bardziej smakowały mi te smażone – ciepłe i chrupiące były pyszne.

Gỏi Cuốn Tôm Thịt

#9 Bánh Lọc (Hue)

Gumiaste „ciasto” z tapioki z krewetką i wieprzowiną w środku. Całość zawinięta w liść bananowca. Byłam bardzo ciekawa tej potrawy i pożałowałam przy pierwszej próbie. Nie wiedziałam jak się za nie zabrać więc całe włożyłam do buzi, którą oblepiło mi od środka. Nie byłam w stanie tego gryźć czy rzuć. Kiedy dotarłam do wnętrza okazało się, że wieprzowinę reprezentuje słonina, a krewetka jest skorupce. I teraz wyobraźcie sobie, że mam to wszystko w buzi, a jeszcze muszę obrać krewetkę i wypluć jej skorupki. Ani doświadczenie jedzenia banh loc nie było przyjemne, ani mi to nie smakowało. (cena: 40 000 vnd)

#10 Banh Tran Truong, czyli wietnamska pizza (Hue)

Heh, wietnamska pizza nie była na liście dań, których koniecznie muszę spróbować, ale jak już się na nią natknęłam to czemu nie. Przyrządziła mi ją młoda dziewczyna na tzw. nocnym markecie pod mostem Truong Tien nad rzeka Perfumową. Okrągły papier ryżowy położyła na grillu, następnie wbiła nań jajo i dorzuciła trochę ziół. Po ścięciu jaja dodała trochę warzyw, mięso, które przypominało chorizo i zapiekała jeszcze kilka minut. Przed podaniem obficie polała majonezem i ketchupem, co kompletnie zepsuło to danie, bo jedząc wietnamską pizzę czułam na języku przede wszystkim smak tych dwóch sosów. Eksperyment nie wart próby. (cena: 20 000 vnd)

#11 Banh vac albo biała róża (Hoi An)

Najdelikatniejsze pierożki jakie w życiu jadłam. Wnętrze wypełnione krewetką, okraszone chrupiąca cebulką a przed zjedzeniem zanurzane w sosie rybnym. Specjalność w Hoi An, której musicie spróbować.

#12 Cao lầu (Hoi An)

Makaron z kawałkami wieprzowiny, chrupiącymi chipsami z boczku, ziołami, sałatą i kiełkami. Całość zanurzona w bardzo aromatycznym sosie. Danie skrapla się cytryną, a dla zaostrzenia smaku można dodać pastę z chilli. O ile lubię ostre potrawy, to do cao lau nie polecam dodawać ostrej papryczki, która po prostu zaburza bogaty aromat sosu. Jedno z niewielu pozytywnych zaskoczeń – cao lau jadlam w Hoi An codziennie. (cena: 55 000 – 85 000 vnd)

#13 Bun Cha

Na bun cha zabrała nas Hanna, autorka bloga Plecak i walizka, która jeszcze wtedy mieszkała w Sajgonie. Pysznych aromatycznych kotlecików mięsnych w rosole, podawanych z makaronem ryżowym, ziołami i nam (czyli chrupiącymi spring rollsami) spróbowaliśmy w wietnamskiej dzielnicy. I pewnie dlatego były takie dobre, bo zrobione przez Wietnamczyka dla Wietnamczyków. Wybaczcie, zapomniałam o zdjęciu ☹

#14 Ryba ucho słonia (nad Mekongiem)

ryba ucho słonia – przysmak z Mekongu

„Słoniowa ryba” czy „ryba ucho słonia’  to przysmak nad Mekongiem. Sam sposób jej podania jest na tyle ciekawy, że choćby dlatego warto skusić się na to danie. Zobaczcie sami na zdjęciu. A jak najlepiej ją jeść? Zawiniętą w papier ryżowy wraz z makaronem, ziołami, ogórkiem i ananasem. Przed ugryzieniem warto zanurzyć w sosie z tamaryndowca.

#15 Kawa po wietnamsku

Sam sposób parzenia kawy jest ciekawy, bo czy jej smak przypadnie ci do gustu to już kwestia indywidualna. Czy zechcesz pić kawę na gorąco czy na zimno z kostkami lodu, z mlekiem kondensowanym czy bez to też drugorzędna sprawa.

#16 Świeżo zmiksowane koktajle owocowe

wietnamski warzywniak – wybierz owoce, z których chcesz koktajl

Nie przepadam za owocami, ale kiedy jestem w kraju, w którym egzotyczne owoce dojrzewają i są gotowe do zjedzenia, od razu mam na nie ochotę. Tutaj owoce mają smak. W Wietnamie nie warto więc odmawiać sobie dawki witamin w postaci gęstego koktajlu ze świeżo zmiksowanych owoców. A najlepszym miejscem do zakupu takiego koktajlu są tzw. warzywniaki.

#17 Chè

składniki na słodki wietnamski deser chè

To taki dziwny deser. I w sumie nie da się powiedzieć tak na 100% z czego się składa, bo każdy może być inny. Stoisko z chè to stół z mnóstwem garów i mis wypełnionych różnorodnymi składnikami, od kolorowych galaretek, przez suszone i świeże owoce na czerwonej fasoli kończąc. Co wpadnie do twojego deseru zależy tylko od ciebie. Wszystko to jest zalewane mlecznym puddingiem, albo skondensowanym mlekiem albo mlekiem kokosowym.

Trafiłam na chè na wspomnianym wcześniej nocnym mini markecie w Hue, a ponieważ byłam na nim jedyną białą, moja przymiarka do tego deseru wzbudziła zdziwienie. Najpierw totalnie olała mnie pani sprzedająca deser – pewnie uznała, że się pomyliłam. Ostatecznie gdy mnie obsłużyła, w odróżnieniu od innych podała mi napój w plastikowym kubeczku – czyżby obawiała się, że go gdzieś porzucę? Ponieważ nie miałam pojęcia co z czym zmiksować poprosiłam by to ona skomponowała mój deser. Wybrała ostrożnie – galaretki i suszone owoce, mleko kokosowe, sporo lodu. Usiadłam na jednym ze stołków za stoiskiem i kiedy miałam zacząć jeść wszyscy dookoła skierowali wzrok w moim kierunku. 😊 Deser był bardzo słodki, czyli tak jak lubię, ciekawy dzięki różnorodnej konsystencji składników jakie się w nim znalazły, i orzeźwiający. Rozglądałam się za nim jeszcze w kilku miejscach, ale to był mój jedyny raz (a przyznam, że miałam ochotę na więcej). (cena; 20 000 vnd, ale mam poczucie że dla lokalsów był tańszy)

#18 Mango cake (banh xoai)

Na każdym rogu w Hoi An czai się kobiecina, która oferuje mango cake. Za każdym razem kiedy mijałam taką panią nabierałam coraz większej ochoty na to ciastko. Ależ się rozczarowała kiedy okazało się, że mango cake wcale nie jest z mango. Ciastko w formie niewielkiego pączka jest kleistej konsystencji, a w środku wypełnione masą z orzeszków ziemnych. Nic ciekawego poza nazwą (cena: 5 000 vnd)

(zjadłam a zdjęcia nie zrobiłam 🙁 )

Kiedy w XVII wieku ród Nguyen przejął panowanie nad Hue, szybko zbudował tutaj wspaniałą cytadelę, na której rezydował cały ród. W 1801 roku jeden z przedstawicieli rodu ogłosił Hue stolicą Wietnamu, która funkcjonowała tutaj aż do 1945 roku.

W trakcie I i II wojny wietnamskiej (indochińskiej) miasto było pod stałym ostrzałem, na czym ucierpiały Cytadela i znajdujące się pod miastem grobowce.

Zapraszamy Was w podróż po cytadeli w Hue oraz grobowcach Minh Mang i Khai Dinh.

Przy odbudowie Cytadeli pracował polski restaurator zabytków z Lublina, Kazimierz Kwiatkowski, ten sam który „ratował” My Son.

My Son, to kompleks hinduistycznych świątyń w Wietnamie, około godziny drogi od niezwykle urokliwego miasteczka Hoi An. Kiedy w XIV wieku naród Czamów opuścił to miejsce, świątynie wchłonięte zostały przez dżunglę.
Dzisiaj My Son porównywane jest do kambodżańskiego Angkor Wat.

Przy ratowaniu kompleksu zasłużył się polski restaurator zabytków z Lublina, Kazimierz Kwiatkowski. Jego imieniem został nazwany jeden z placów w Hoi An gdzie również ustawiono pomnik upamiętniający wkład Polaka w prace przy restaurowaniu kompleksu świątyń My Son.

Wietnam, trzysta tysięczne azjatyckie miasteczko Ben Tre, które wybraliśmy na naszą bazę w delcie Mekongu.
Ben Tre nazywane jest kokosową krainą. Rzeczywiście, gdzie się obejrzysz otaczają cię palmy kokosowe, a drzewo to ma w tym miejscu bardzo szerokie zastosowanie – z wnętrza owocu robi się olej kokosowy, kosmetyki czy cukierki, łupinę zamienia się w miski, które turyści zabierają do swoich domów, liście wykorzystywane są w kuchni, pnie służą do budowy domów a jeszcze inne części do ich ogrzewania.

Co można robić w Ben Tre? Można się wybrać w rejs po delcie Mekongu, albo na rowerową przejażdżkę i pozaglądać przez okna, wsadzić nos za furtkę, zajrzeć do małej buddyjskiej świątyni, pogadać z panem który robi kadzidła i wie gdzie jest Warszawa…

O naszym pobycie w Ben Tre przeczytacie TUTAJ 

Chcieliśmy w końcu wypocząć. Po dwóch tygodniach transferów i nowych miejsc, chcieliśmy osiąść gdzieś, gdzie w końcu odpoczniemy. Zawsze w sumie tak mamy w podróży, że po pewnym czasie jesteśmy zmęczeni ilością hoteli (a najbardziej męczą te nietrafione), wewnętrznymi podróżami i tempem. W Azji dodatkowych punktów zmęczenia dodaje hałas i ciągłe „piii piii”, które słyszymy na ulicach. Tak więc padło na Ben Tre, o którym przeczytaliśmy, że zagląda tam niewielu turystów i jeszcze mniej zorganizowanych wycieczek z Ho Chi Minh. To był strzał w dziesiątkę.

Ben Tre to trzysta tysięczne azjatyckie miasto, ale jak na Azję jest tak małe, że masz poczucie bycia na wsi. Nasz hotel znajdował się na jednym z końców miasta, przy skrzyżowaniu rzeki Ben Tre i jednej z odnóg delty Mekongu. Czasami podjechał tu jakiś dzieciak na rowerze, rano było słychać pyrkanie łódek, które wypływały na rzekę, ale generalnie bardzo cicho i spokojnie.

Mekong

Ben Tre nazywane jest kokosową krainą. Rzeczywiście, gdzie się obejrzysz otaczają cię palmy kokosowe, a drzewo to ma w tym miejscu bardzo szerokie zastosowanie – z wnętrza owocu robi się olej kokosowy, kosmetyki czy cukierki, łupinę zamienia się w miski, które turyści zabierają do swoich domów, liście wykorzystywane są w kuchni, pnie służą do budowy domów a jeszcze inne części do ich ogrzewania.

Pierwszego dnia kupujemy wycieczkę po Mekongu w recepcji naszego hotelu – jest niewiele droższa niż ceny, które znajdujemy w Internecie. Umawiamy się na godz. 13:00 co okazuje się być kolejnym strzałem w dziesiątkę. Wszyscy odbyli swoje wycieczki rano i po południu na rzece jesteśmy my na naszej wycieczkowej łodzi oraz pracujący na rzece i żyjący z niej lokalsi. Rejs po rzekach ma swój plan, który dla każdego wygląda jednakowo: rejs łódką motorową po rzece Ben Tre – zwiedzanie fabryki cegieł – rejs w kierunku małej rzeki – przesiadka do niby tuk tuka – zwiedzanie manufaktury cukierków kokosowych – poczęstunek lokalnymi owocami – zwiedzanie manufaktury mat – przejazd na obiad (swoją drogą jeden z najlepszych w Wietnamie) – rejs łodzią wiosłową wśród palm kokosowych – powrót do hotelu. Mimo dokładnego odhaczania programu jesteśmy zadowoleni.

Wietnamka i kadzidła

Drugiego dnia bierzemy z naszego hotelu rowery i wracamy w to samo miejsce, gdzie pływaliśmy wiosłową łodzią. Tym razem oglądamy codzienne życie ludzi zaglądając przez furtki do ich domostw. Co i rusz mijamy miejsca, które przykuwają naszą uwagę – widzimy rozłożone na deskach kokosowych i suszące się na słońcu papier ryżowy oraz placki bananowe, zaglądamy do świątyni buddyjskiej, mijamy dom, w którym cała rodzina robi kadzidła…

Na obiad ponownie udajemy się do miejsca, w którym jedliśmy dzień wcześniej w ramach zorganizowanej wycieczki. Ciągnie nas tutaj przede wszystkim do pysznych spring rolls’ów, które samodzielnie rolujemy z papieru ryżowego, makaronu ryżowego, świeżych ziół, ogórka, ananasa i ryby „ucho słonia”. Smażone banany na przystawkę i słodkie owoce na deser i jesteśmy w raju.

Idealizuję nasz pobyt w Ben Tre, bo miał miejsce po całkowicie nieudanym Mui Ne (dlaczego? O tym w odrębnym poście). Żeby było jasne, nad Mekongiem jest dokładnie tak samo jak w innych miejscach Wietnamu – jest brudno, rzeka jest zasyfiona i od rana do wieczora płyną nią śmieci. Widoki też specjalnie nie powalają. Tym co różni to miejsce od innych, które odwiedziliśmy w Wietnamie jest to, że jest ciszej (bo mieścina jest mniejsza i więcej ludzi jeździ tu jednośladem).

Rejs po rzece wraz ze zwiedzaniem organizujemy przez recepcję hotelu. Czas rejsu: 3,5 godziny. Koszt: 1 000 000 vnd.
Do tego należy doliczyć:
– koszt obiadu: 160 000 vnd/os + napoje (obiad jest opcją dodatkową, ale warto z niej skorzystać)
– napiwek dla wiosłującego i dla przewodnika

JAK SIĘ DOSTAĆ DO BEN TRE Z HO CHI MINH?
Dwie godziny trwa podróż autobusem obsługiwanym przez firmę Futa Bus z terminala autobusowego Mien Tay Bus Station w HCMC. Terminal znajduje się dosyć daleko od Dystryktu 1 a podróż Uberem kosztuje ok. 95 000 vnd.

Bilet do Ben Tre można kupić w jednej z agencji turystycznych albo samodzielnie przez Internet (np. na Baolau.com). Bilet kosztuje 70 000 vnd, ale i w agencji i przy zakupie przez Internet zostanie dodana prowizja.

I uwaga! My bilet do Ben Tre kupiliśmy w agencji, w której usłyszeliśmy, że mamy pojawić się w biurze agencji na 1 godz. i 15 min przed odjazdem. Nie spieszyliśmy się, bo nie wiedzieliśmy o co chodzi. Okazało się, że agencja miała nas pokierować do biura Futa Bus, które znajduje się mniej więcej połowie drogi do terminala autobusowego. Stamtąd odjeżdża autobus, który zawozi do terminala wszystkich klientów Futa Bus, dokądkolwiek jadą właśnie o tej godzinie. A że w HCMC bywają korki, i to jakie korki, autobus spod biura Futa Bus odjeżdża godzinę wcześniej bo tyle czasu potrzebuje na dojazd. Po dojechaniu do Ben Tre zostaliśmy odwiezieni mini busem do naszego hotelu.
W drodze powrotnej było prościej, bo minibus odebrał nas z hotelu i odtransportował do mini terminalu autobusowego.

Mekong

Partnerem technologicznym naszej podróży po Wietnamie jest:

Intensywne kolory ścian z przeważającym odcieniem żółci, obrastająca je pleśń i wilgoć, które dodają tym ścianom jeszcze więcej uroku, kolorowe lampiony rozświetlone nocą oraz klimatyczne kawiarnie – z tym kojarzyć będę Hoi An.

Na ulicach Hoi An

O klimacie Hoi An słyszałam sporo, natomiast miasteczko wybrałam z uwagi na położony niedaleko My Son. I o ile to opuszczone hinduistyczne sanktuarium mnie w jakiś sposób rozczarowało, to Hoi An mnie oczarowało. Stare miasto jest bardzo klimatyczne. Niczego nie odejmuje mu również tłum turystów, o których przychodzi nam tutaj co i rusz się obijać.

Hoi An w deszczu

Wąskie uliczki Hoi An

Hoi An gości nas w deszczu. Mamy niedługie przerwy między jednym opadem a drugim, kiedy to wychodzi słońce i rozświetla ciemnożółte albo bordowe ściany.

Jest coś przyciągającego w tych brudnych, zamokniętych ścianach

Rower pod niebieską ścianą

Miasto kilkukrotnie przeżywało powódź co odbiło się właśnie na tych intensywnie kolorowych ścianach, które wydają się być brudne. Wilgoć, która je obłazi dodaje moim zdaniem ulicom Hoi An jeszcze więcej uroku.

Hoi An

Hoi An

Hoi An to miasto lampionów, którymi rozświetla się stare miasto. Wąskie ulice wieczorem oświetlają rozwieszone nad nimi oraz w witrynach lokali lampiony. Można też kupić kartonowy lampion, zapalić świeczkę i puścić na rzekę – z brzegu lub prosto z łódki podczas wieczornego rejsu.

Lampiony w Hoi An

Hoi An oczarowuje nas też w końcu smakami, na które musieliśmy tyle czekać w Wietnamie. Tutaj próbujemy delikatnych pierożków banh vac nazywanych „białą różą” oraz aromatycznego makaronu cao lau. Tutaj też decydujemy się na słynną wietnamską kanapkę banh mi, które dotychczas nas raczej odrzucały niż zachęcały (o jedzeniu popełnimy odrębny post). Przerwy między spacerami spędzamy w klimatycznych kawiarniach, których tutaj nie brakuje a mimo wszystko może zdarzyć się, że zabraknie w nich miejsca.

Kawiarnia w Hoi An

W kawiarni

W Hoi An najlepiej zagubić się pomiędzy uliczkami i nie zawracać sobie głowy zwiedzaniem wyznaczonych miejsc. Jeśli ktoś ma jednak ochotę zajrzeć do jednego z tradycyjnych domów, muzeum czy Japońskiego Mostu Krytego to może kupić bilet, który kosztuje 120 000 vnd i zawiera w sobie kupony na wstęp do 5 wybranych miejsc.
My zwiedzaliśmy trochę przez przypadek. W ogóle nie ma sensu marnować biletu, by wejść do środka Mostu Japońskiego. Natomiast najdziwniejsze było zwiedzanie domu, w którym do dzisiaj mieszkają ludzie – jedna pani robiła pierogi jednocześnie grając w gry na telefonie, dziadek kończył akurat swój obiad, w innym pomieszczeniu suszyło się pranie. Dziwne.

Japoński Most w Hoi An

Partnerem technologicznym naszej podróży po Wietnamie jest:

Zobaczenie na własne oczy Ha Long Bay było podróżniczym marzeniem. W grudniu jednak byłam w stanie odpuścić sobie to miejsce – spodziewałam się wiecznej mgły i zimna które ciągnie od wody. Nie chciałam aby powtórzyła się historia z Zhanghijaije, kiedy to przez 3 dni większość czasu spędziliśmy w hotelu oczekując aż przestanie padać (a kiedy już przestawało, to mgła była tak gęsta, że nie widzieliśmy tych zjawiskowych jakby uwieszonych w powietrzu skał – po prostu nie widzieliśmy nic). Plan na Wietnam był następujący – lądujemy w Hanoi bo tak było taniej i jak najszybciej uciekamy w kierunku południa, czyli tam gdzie ciepło. Szkoda mi jednak zrobiło się Ha Long Bay (bo nie wiem czy jeszcze kiedyś przyjadę do Wietnamu, a dla samej zatoki biletów bym nie kupiła). Z moich dwóch obaw sprawdziła się jedna – zimno na łodzi, zimno w pokojach hotelowych (a spaliśmy w dwóch), zimno wieczorami, bo w ciągu dnia w miasteczku prawie 20 stopni. Mgły nie było. Była ładna widoczność. Chociaż słońca też nie było, co akurat widać na zdjęciach.

Ha Long Bay

Rejs po zatoce był głównym punktem i nie nastawialiśmy się na nic więcej. Jako bazę wybraliśmy wyspę Cat Ba, na której kupiliśmy rejs w lokalnym biurze turystycznym (Cat Ba Green Trail Travel, koszt: 450 000 vnd/os, ok. 19 dolarów). Wtedy też dowiedzieliśmy się, że zatoka Lan Ha znajdująca się na południowym-wschodzie od wyspy jest zarządzana przez inną prowincję, a zatoka Ha Long przez inną. I podobno dlatego, nasz rejs miał obejmować głównie Lan Ha, a z samej Ha Long jedynie fragment. Nam pasowało.

Pływająca wioska / Floating village, Lan Ha Bay

Plan wycieczki wszystkie opuszczające port Beo łodzie miały ten sam. Najpierw długi rejs w kierunku Halong Bay, po drodze zahaczając o rybne wioski na wodzie.

Pływająca wioska / Floating village, Lan Ha Bay

Unoszące się na wodzie domostwa mijamy już po wyjściu z portu. Ja widzę je po raz pierwszy, więc spust migawki lata jak szalony. Tutaj też toczy się normalne codzienne życie – ktoś wiezie zakupy, pies szczeka, kobieta robi pranie, kot leniwie przechadza się między rybimi siatkami. Nie widzę dzieci, ale dopytuję naszego opiekuna łodzi i dowiaduję się, że codziennie o 6 rano podpływa tutaj specjalna łódź, która zgarnia dzieciaki do szkoły.

Pływająca wioska / Floating village, Lan Ha Bay

Pływająca wioska / Floating village, Lan Ha Bay

Pływająca wioska / Floating village, Lan Ha Bay

Pływająca wioska / Floating village, Lan Ha Bay

Dopływamy do Halong Bay i nasz opiekun wskazuje nam formy skalne, na które powinniśmy zwrócić uwagę. Halong Bay to podobno blisko 2000 wysepek i skał wystających wprost z wody. Lan Ha jest mniejsza i liczy ich około 300.

Ha Long Bay
Ha Long Bay

Ha Long Bay

Następnie cumujemy w jednej z malowniczych zatok, w której latem można popływać. Tutaj też jemy obfity lunch (w cenie rejsu).

Ha Long Bay

Kolejny przystanek jest przy małej farmie rybnej w Hang Ca, gdzie większość grupy wsiada w kajaki i udaje się na oglądanie jaskiń (Bat Cave, Dark Cave, Bright Cave, ok. 1,5 godz.). My zostajemy.

Ha Long Bay

Ha Long Bay

Latem byłby przystanek na kąpiel, ale przypominam, że jesteśmy tu w grudniu. Omijamy więc ten punkt programu i lądujemy na Monkey Island. Jak wskazuje nazwa, żyją tu małpki, które mam wrażenie odprawiają popisówkę przed turystami.

Monkey Island / Lan Ha Bay, Wietnam

My wbiegamy na punkt widokowy, który znajduje się na jednym ze wzgórz. Ja na sam szczyt nie docieram, ale jestem prawie prawie. Radzę wziąć lepsze buty niż tenisówki – nie ma wyraźnie wyznaczonego szlaku, kamienie są śliskie, chwilami bywa ciężko. W mojej grupie kilka dygających par nóżek i szlochy ze strachu się zdarzyły.

Monkey Island / Lan Ha Bay, Wietnam

Zatoka nie powaliła mnie, ale nie dlatego, że nie jest tutaj ładnie. Bo jest. Jest bardzo malowniczo. Jest nawet dosyć spokojnie jak na kilkanaście pływających w tym czasie łodzi wycieczkowych. Przypominam też, że jesteśmy tutaj w grudniu, na łodzi jest dosyć zimno więc większość z nas ponad połowę rejsu spędza na dolnym pokładzie. Nadal uważam, że grudzień nie jest najlepszą porą na odwiedzenie tego miejsca i powinnam była posłuchać intuicji.

Pamiętam też jak bardzo zachwyciłam się widokiem podobnych skał wapiennych w Chinach. Jak nie mogłam przestać ich fotografować podczas rejsu po rzece Li. I między innymi właśnie dlatego nie odurzyłam się widokami w Halong Ba czy Lan Ha Bay – bo ja już podobne skały widziałam. Myślę, że gdybym nie była nad rzeką Li, przeżywałabym dzisiejszy dzień jak wtedy.

Jak się dostać na Cat Ba z Hanoi?
Z Hanoi na wyspę jeździ kilka firm przewozowych, a bilety można kupić m.in. poprzez portal baolau.com, tak jak zrobiliśmy też my. Odjazd jest spod biura firmy. My w kierunku Cat Ba jechaliśmy z Interbus Lines, który odbiera swoich klientów spod hotelu o ile mieszkają oni w dzielnicy Hoan Kiem. Autobus zawiózł nas do Haiphong, gdzie przesiedliśmy się na prom. Po krótkim rejsie na wyspie czekał na nas kolejny autobus tej firmy, który rozwiózł klientów po hotelach.
Bilet powrotny mieliśmy kupiony u innego przewoźnika – Cat Ba Express. Zasady takie same jak w poprzednią stronę.

Ile kosztuje rejs po zatoce?
450 000 vnd/os (ok. 19 dolarów)

Ile trwa rejs po zatoce?
W naszej opcji, czyli 1 dzień bez noclegu to 9 godzin na wodzie, od 8:00 do 17:00 (w grudniu około godzinę krócej – bo nie chcieliśmy pływać 😊 ).

Cat Ba nie oferuje nic specjalnie ciekawego i nie ma sensu zostawać tutaj dłużej. Jest wprawdzie park narodowy na wyspie i można wybrać się na trekking nawet w kilka miejsc. Są też plaże, więc latem w ciągu dnia można się powygrzewać na piasku. Wieczorem to typowe nadmorskie miasteczko, wypełnione barami i restauracjami, w których zabija się wieczorny czas w oczekiwaniu na jutro. Same bary i restauracje raczej nie zachęcające, i mimo iż mamią klientów świeżymi owocami morza w wystawionych na ulicy akwariach, to jedzenie takie sobie (a można nawet biegającego szczura wypatrzeć). Więc czy jest sens tutaj siedzieć? Prawdę mówiąc zastanawiam się czy opcja wykupienia wycieczki z Hanoi, w ramach której odbiorą was z hotelu, spędzicie w zatoce dzień, a potem do tego hotelu was odstawią nie jest wystarczająca.

Pływająca wioska / Floating village, Lan Ha Bay

Pływająca wioska / Floating village, Lan Ha Bay

Pływający minimarket
Pływający minimarket

Partnerem technologicznym naszej podróży po Wietnamie jest:

Write A Comment